Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2015

Jestę vlogerę - czyli refleksje na temat prowadzenia kanału na YouTube

Mój blog porósł już mchem od czasu ostatniego posta. Całą energię i aktywność przeniosłam na YT (przypominam  HALOTurcja ). Nie mniej jednak widzę, że zdarzają się tu odwiedziny i komentarze moich widzów.

Nie wiem jak to się dzieje, że mając 20 lat doba to dużo czasu, a percepcja 30latki kurczy ją do nic nie znaczącego przedziału czasowego, w którym można mieć czas na kilka rzeczy. Nie na kilkanaście jak kiedyś. Mój blog pewnie żyłby jak szalony gdybym urodziła się 10 lat później.

Chciałam podzielić się z Wami paroma refleksjami dotyczącymi prowadzenia kanału na YT. Myślę, że po upływie 6 miesięcy można już wyciągnąć pierwsze wnioski.



Zacznę od tego, że nie miałam żadnych oczekiwań związanych z liczbą subskrybentów. Wiedziałam, że kanał może zainteresować osoby, głównie dziewczyny, związane z Turcją szkołą lub sercem. I tak też się stało. Wiedziałam, że niektóre tematy przyciągną wojujących z islamem oszołomów. Tak również się stało.
Ktoś kiedyś powiedział, że przed powstaniem internetu nie wiedział, że na świecie jest tylu idiotów.
Ja mam inną refleksję: Nie wiedziałam, że jest ich aż tylu, ale też nie wiedziałam, że jest tylu dobrych, serdecznych ludzi :-)

Zacznę od ciemnych stron.
Dziewczyna związana z Turkiem, mieszkająca w Turcji, i jeszcze twierdzi z uśmiechem, że da się tu żyć. Czy płachta na byka może być bardziej czerwona? Przedsmak uprzedzeń i rasizmu miałam w Polsce, zanim się tu przeprowadziłam, kiedy z mojej listy znajomych zniknęło parę nazwisk. Na moje bądź ich życzenie.  Naiwnym byłoby nie spodziewać się, że internetowa krucjata nie dosięgnie mnie na vlogu nazwanym „Halo Turcja”.



(ja to mam hejterów z prawdziwego zdarzenia, a nie jakieś popierdułki z manierami)


Ze strony własnych krajan spotkało mnie więcej represji niż ze strony tych złych turków muslimów.
Ja sama od początku wychodziłam z założenia, że mądrym ludziom nie trzeba niczego tłumaczyć, a tym „uprzedzonym” nie ma sensu.  I ograniczyłam odpowiedzi na tego typu komentarze do zera.
Niektórych użytkowników zablokowałam – takich, którzy obejrzeli wszystkie moje filmy, by pod każdym mnie obrazić w wulgarny sposób.
To jest mój kanał i nie muszę czytać efektów cudzych problemów życiowych. Ani się na nich koncertować więc….
 To tyle ciemnych stron.

W Turcji jest cała masa rzeczy, których nie lubię, z którymi się nie zgadzam i które mnie oburzają. Nie mam zamiaru spędzić tu całego życia, bo uważam, że nie jest to dobry kraj na zestarzenie się.
Jednak mimo tego że widzę te przytłaczające strony rzeczywistości staram się wyciskać maksa z tych pozytywnych, a pewne zjawiska społeczne analizować nie tylko z perspektywy Europejki, ale też dostrzeżenia tej drugiej strony. Czemu? Bo nie sądzę, że Polska jest pępkiem świata (żaden kraj nie jest), i przez szacunek do innych ludzi. Po prostu. Bo jak mogę mieć prawo krytykować coś czego nie rozumiem, bo nie poznałam. Bo byłam wychowana inaczej. (I bronię się jak lew, jeśli ktoś mnie traktuje w inny sposób)

Żaden kraj nie jest obcy. Tylko osoba, która przyjeżdza jest tym obcym elementem. (w języku tureckim obcy/nieznajomy ma to samo słowo co cudzoziemiec)
I moja natura jest pogodna. Cieszą mnie i fascynują małe rzeczy. Stąd też społeczno-rozrywkowy charakter vloga.
To tyle na temat haloturcjowej filozofii.

Teraz kwintesencja czyli TO CO DOBRE :-)
Wiem, że każdy tak gada, ale co ja mam zrobić :) Nie spodziewałam się tak licznego, pozytywnego odzewu. Zarówno w komentarzach, jak i prywatnych wiadomościach, na facebooku, i w liczbie subskrypcji. Jak na to, że w żaden szczególny sposób nie promuję bloga, a jedynie wrzucam filmy, i to rzadko!!! – ponad 300 subskrypcji w tym niszowym temacie uważam za ogromny sukces J Widzę przed oczami 300 osób and THIS IS SPARTAAAA!!!! :D
Czasem dostaję długie i bardzo staranne wiadomości, bez żadnej konkretnej treści, prócz różnych sposobów określenia satysfakcji z obejrzenia filmów. Jest to absolutnie wzruszające, i ogromnie doceniam, że Wam się chcę to pisać!!!!!! Jest to mega motywujące, mega ważne i bardzo serdeczne…
I pewna jestem jednego. Tak naprawdę NIE MAM CZASU NA TEGO VLOGA w ogóle. I gdyby nie Wy (chociaż samo nagrywanie to też ogromna przyjemność) – nie powstałoby więcej niż 3-4 odcinki, bo bym to rzuciła w cholerę.

Ale kurde jak czytam:
„..dzięki Tobie wiem więcej o Turcji i mogę zabłysnąć w gronie moich tureckich znajomych..”
„..tęsknię za Turcją a Ty mi ją przybliżasz..”
„..nie mam nic wspólnego z Turcją, ale miło się Ciebie słucha przy kawie…”
„…uśmiałam się..”

I dziesiątki innych wiadomości. Przyprawia mi to do pleców taki plecaczek rakietowy, rozciaga czasoprzestrzeć i wrzuca nagranie bloga w priorytety!
A Wy jesteście nie jakąś szarą, internetową, anonimową masą, ale moimi PRZYJACIÓŁMI.  :-)
Dlatego staram się odpisać na KAŻDĄ prywatną wiadomość.

I na koniec… Czemu nagrywam tak mało…
Nagranie filmu poprzedza długie przygotowanie. Nie tylko tematu, bo to w sumie chwila. Ale oświetlenia, ustawienia aparatu, mikrofonu (dźwięk nagrywam osobno, by było przyjemniej dla Waszych uszu), siebie… Nie mam statywu do aparatu (kurde, drogo w tej Turcji) więc buduję wieże z książek i pudełek. Testuję, sprawdzam, dokładam, odejmuję, przekręcam.


Potem kręcę. Wysławianie się wcale nie przychodzi mi z łatwością, tak jak możecie zobaczyć na gotowych filmikach. Mnóstwo rzeczy powtarzam, często się zacinam. Od ponad roku używam polskiego tylko kilka razy w tygodniu rozmawiając z moją rodziną. Więc czasami po prostu mówię jak opóźniona w rozwoju i muszę coś poprawić, przypomnieć sobie słowa itd. Itp… Ponadto się wstydzę :) Mam tremę i w ogóle różne takie takie… :P

Po nagraniu (zwykle jeden, cały wieczór) długotrwały montaż. Złączenie obrazu z dźwiękiem, wybranie właściwych wątków, muzyki… Czasem poprawienie kolorów. Do tego mój komputer to nie profesjonalny sprzęt do montażu więc męczę się z zacinającym się programem, crashami, wyrzucaniem do pulpitu i samokasującymi sie save'ami. Potem eksport i wrzuta na Youtube – zazwyczaj wrzuca się całą noc.

Jeden film to praca na wiele godzin (w sumie około 10-12). Mimo tego, że wygląda super prosto, wszystkie drobiazgi, które sprawiają, że obraz i dźwięk są łatwo przyswajalne i nic w nich nie przeszkadza w odbiorze treści, to dużo zachodu i wysiłku z mojej strony.

Nie narzekam!!!:-) jedynie tłumaczę się tym, którzy chcieliby więcej – a ja nie wrzucam.


Ahhh rozpisałam się. Ściskam Was mocno, każdego z osobno i do zobaczenia w kolejnych odcinkach :)

HOWK!

wtorek, 9 września 2014

Jak zostałam hodżą...

Byłam dziennikarką. Całe dorosłe życie podążałam obraną drogą, w myśl zasady: jest dobrze - po co psuć. Trochę głupio zrobiłam wiedząc, że zawsze miałam apetyt na podróże. Jakoś nigdy nie założyłam, że mogę wypodróżować na stałe i przydałby mi się jakiś międzynarodowy, ponad podziały graniczne, zawód. Pewnie da się być dziennikarzem podróżniczym, ale nie mam talentu jak Cejrowski, czy zaplecza jak Wojciechowska. Ani ogarnięcia jak wszyscy Ci piszący książki podróżnicy, którzy sobie wszystko wymyślają sami, biorą plecak i jadą w tereny pachnące malarią.

Głupio zrobiłam, ale nie żałuję, bo dziennikarstwo rozwija wszechstronnie. Zwłaszcza lifestylowe przydatne jest w codziennym stajl lajfie. Przynajmniej jedząc kebaba wiem, czym jest przesączony, i w co ten konkretny tłuszcz mi wejdzie. Było ekstra.

Jednak, choć zabrzmi to patetycznie, lub bardziej pathetic - kiedyś umrzemy wszyscy, więc fajnie próbować różnych rzeczy, bo nuda to strata czasu.

No i zostałam nauczycielem języka angielskiego w tureckiej podstawówce. Rok szkolny dla nauczycieli się zaczął, dzieci przyjdą za tydzień więc jeszcze będzie czas na przeklinanie swojego losu. Póki co jestem wielce podekscytowana powrotem do szkoły i przeglądając podręczniki już mam ochotę ścigać się z innymi dziećmi - kto pierwszy zrobi zadanie numer 4 (oczywiście mam nadzieję wygrać).

Parę ciekawostek o tureckiej szkole:

- nauczyciel wygląda jak dentysta - na schludne, zazwyczja modne (jestem w prywatnym koledżu dla bogatych dzieci, których kieszonkowe to pewnie cała moja pensja) ubranie - zarzucone mają fartuchy. Białe, lekarskie kitle. Nie wiem jakie jest zadanie tych wdzianek (we wszystkich szkołach takie nauczycieli obowiązują), ale czuję się jeszcze potężniejsza :)

- nauczyciele dotykają dzieci. I to jak dotykają! Wczoraj widziałam 10latkę ściskającą się z wuefistą. I z całą odpowiedzialnością stwierdzam za księdzem, że "dzieci same lgną". Nie widzę w tym żadnych podtekstów, bo to nie pierwsza szkoła, w której widzę, że nauczyciele przekazują dzieciom ciepło niemal rodzicielskie (a może nawet większe). Kiedy przestawiam umysł na RESET i uczę się od nowa postrzegania rzeczywistości myślę, że jest to mega fajne. Ja pamiętam moją nauczycielkę, która rzuciła w ucznia czekoladą, którą jej podarował. Tu się cackają i jest miło :)

- mimo powyższego cackania dzieci nie wydają się być bezczelne.  Zaryzykuję nawet, że znacznie bardziej respektuje się tutaj status nauczyciela i nie fajnie jest gdy ten się wkurzy. Dzieci siedzą cicho. Do czasu aż się znudzą. A potem szaleją, ale wciąż są miluchne.

- o tytuowaniu się nazwajem przez Turków nagram na pewno odcinek na mój kanał YOUTUBOWY. Ale wszyscy zwracają się do siebie imieniem + nauczycielem (Hoca - czytaj HODŻA). Jest więc Dilek Hoca, Duygu Hoca i Kaja Hoca :D

- bardzo popularny w Turcji, zwłaszcza w prywatnych szkołach, jest serwis bus. To znaczy rano spod domu zabiera mnie busik, potem zabiera jeszcze innych belfrów i sobie razem jedziemy do szkoły. Potem nas odwozi. Miłe to strasznie i wygodne, zwłaszcza  w Stambule, który jest fatalnie skomunikowany na obrzeżach, a odległości są potworne. Mogę sobie więc pospac do siódmej, tragedii nie ma.

Oczywiście szkoły są różne. Ja miałam dużo szczęścia, że wstrzeliłam się dzięki pomocy koleżanki na jej miejsce w prywatnym koledżu, blisko parku i jeziorka, tylko 30 minut drogi busem od domu i miłymi ludźmi dookoła. Dam znać jak mi idzie :)

środa, 6 sierpnia 2014

Czemu nie warto bawić się z tureckim dzieckiem w "a kuku"

Kiedy pierwszy raz weszłam w interakcję z tureckim niemowlęciem w postaci siostry mojego boja - nie onieśmielił mnie fakt nieznajomości tureckiego.

Bobasy mają w nosie w jakim języku mówi buzia tej Pani.

I jak wszystkie polskie dzidziusie i ten maluszek polubił zabawę w "a kuku", polegającą na chowaniu się, gwałtownym "odsłanianiu" i kukaniu. Głupie to strasznie, ale jak dzieciak się śmieje to i nakręca do jeszcze intensywniejszej zabawy.

Domownicy uśmiechali się pod nosami, coś tam mówili, ale jestem już przyzwyczajona do obgadywania mnie przy mnie i nie robię z tego powodu awantur. Zawsze sobie myślę, że mówią coś miłego... :p

I tak się bawiłyśmy przez wieeeele miesięcy, przy każdej okazji, przy ludziach, nie przy ludziach, kiedy wszystkie inne zabawy nudziły się po pięciu minutach, a kukanie zawsze konczyło się słodkim rechotem małej.

Któregoś razu zostałam oświecona przez postronną koleżankę. Kuku znaczy tyle co.. cipka.

Dziękuję.

Kurtyna.


sobota, 2 sierpnia 2014

Kostium kąpielowy dla muzułmanki

Zawsze zastanawiało mnie jak konserwatywne muzułmanki plażują...

Pozasłaniane na co dzień chustami, w długich płaszczach, długich rękawach w 35 stopniowym upale...
Przy okazji ani kropli potu na czole, podczas gdy ja w zwiewnej sukience spływam z autobusowego fotela.

Na ostatnich wakacjach było mi dane zobaczyć muzułmańskie bikini (lub raczej burkini). Głupio było jednak robić bezczelnie zdjęcia więc proszę skupić wzrok na lewej, górnej części fotografii. Na niebieskim punkcie.


(przy okazji proszę się nie przejmować resztą zdjęcia, zagrzebany został ostatecznie ocalony, i tyle na ten temat)



Na stronie internetowej producenta wyczytałam, że materiał nie ogranicza ruchów i pozwala poczuć w wodzie całkowitą swobodę.

Wygląda jednak na to, że zakrywanie całego ciała podczas kąpieli nie jest bardzo popularne, bo przez kilka dni urlopu widziałam tylko jedną Panią w takim outficie. Dojrzałam kilka niewiast odpoczywających pod parasolem w pełnym rynsztunku, nie zdecydowały się jednak na kąpiel. 
Być może dalej w kierunku wschodnim widok laski w bikini na plaży budzi powszechne zgorszenie, a absolutną normą jest paradowanie w płaszczyku przeciwdeszczowym

Co kto lubi lub cokolwiek sprawi, by mieć czyste sumienie... (z praktycznego punktu widzenia, można też olać przedsezonowe diety)
Nie mnie oceniać czy emancypacja i wyzwolenie religijne to coś czego pragną kobiety na całym świecie. Póki nikt mi nie zakaże podejmowania własnych wyborów - nie czuję potrzeby zbawiania świata czy krytykowania czegokolwiek i kogokolwiek.







czwartek, 31 lipca 2014

Kult piłki nożnej


Każdy naród ma ulubione tematy konwersacji. W Polsce to chyba niewłaściwa pogoda (bo to nie zawsze chodzi o brzydką), trudności dnia codziennego i sezonowo tęcza na Placu Zbawiciela.
Dobra - generalizuję. Ale czy da się porównywać życie tu i tam bez wyciągania ogólnych wniosków?

Ulubione tematy Turków to w moim odczuciu polityka i... piłka nożna.
Na jednym z facebookowych forów dla emigrantów w Stambule jedno z dziewcząt żaliło się ostatnio na to, że jej randkowicz odwołał spotkanie ze względu na ważny mecz.

"Każdy ma jakiegoś bzika" i niemal każdy turecki przedstawiciel płci brzydkiej ma bzika na punkcie kopania piły.
Doświadczam tego na własnej skórze już od trzeciej randki z moim ukochanym, kiedy to zaproponował, byśmy poszli do "tego konkretnego pubu, bo tam można obejrzeć mecz." Dzisiaj już wiem jak wiele poświęcenia kosztowało go dzielenie uwagi pomiędzy mną, a ekranem i na pewno już wtedy musiał mnie bardzo lubić, skoro sobie na to zasłużyłam.

W Stambule są 3 główne drużyny: Fenerbahce, Galatasaray i Besiktas. Każda z nich ma setki tysięcy swoich wiernych wyznawców. Nie trzeba być fanem sportu, by wiedzieć, że zbliża się ważny mecz. Na ulice wylewają się kibice w klubowych koszulkach. Gdy są w grupie - śpiewają i skandują głośno "coś po turecku". Nie można przeoczyć.

W odpowiednie atrybuty kibica można zaopatrzyć się w wyjątkowych pod względem asortymentu sklepach. Moja wiedza ogranicza się jedynie do Fenerium (Fenerbahce), bo nie sądzę, bym mogła powiedzieć, że staram się dbać o dobre relacje w związku i jednocześnie odwiedzam sklepy znienawidzonej przez mojego lubego drużyny. Jedno drugie wyklucza.

Możemy sobie kupić rzeczy tanie: koszulki, chorągiewki, zapalniczki i inne takie takie. Możemy sobie kupić rzeczy drogie: zegarki, biżuterię z kamieniami szlachetnymi, kartę kredytową...



Nie chodzi o to, by odwiedzać ten sklep w przypadku meczu i potrzeby szalika. Są to użyteczne na co dzień i nawet czasem niezłej jakości przedmioty. Sama miałam chrapkę na pewien sweterek z wyszytym złotym logiem. I ja ładnie wyglądałam i chłopiec mój był szczęśliwy. Ostatecznie nie kupiłam ze względu na cenę...
Ale każdy Turek cieszy się z takich zakupów - ma coś z logiem ulubionej drużyny i wspiera finansowo "swój klub". Kobiety wiedzą czym jest dobre samopoczucie wywołane zakupami. To coś w tym stylu.
"Nasz" klub ma prócz sieci sklepów - sieć hoteli i sieć restauracji. Jeszcze nie byłam, jak pójdę - opowiem.

Jeśli aktualnie nie ma rozgrywek, o których warto porozmawiać z kolegami - można popokazywać sobie nowy kubek z logiem, czy jadowicie acz żartobliwie posprzeczać się w stylu "Twoja drużyna jest głupia".

Ostatnie "mój Turek" oznajmił mi, że kupi sobie wszystkie (3) koszulki z nowej kolekcji ich strojów piłkarskich... Co za kibol!



Ps. Mam swoją ulubioną gąbkę, polskiej marki Syrena, którą przywożę sobie tutaj z Polski. Gdy zapytałam ostatnio Ozana czy również takowej pragnie - odpowiedział: "Tak, żółto - niebieską"









piątek, 18 lipca 2014

Zakupy w mięsnym

Jedną z rzeczy, które najbardziej zachwyciły mnie w Turcji, jest serwis.

Nieważne jak bardzo speluniasta jest knajpa, w której siedzimy - zawsze jest tam ktoś kto zadba o stan naszego stołu. Nawet jeśli jesteśmy w jadłodajni typu self-service, po sobie sprzątać nie musimy.
Do McDonalda zawsze wpada się na zestawik i opuszcza się lokal, zostawiając pierdolnik na czerwonej tacy. Ktoś się tym zaopiekuje.

W lokalach na dłuższą biesiadę zawsze kręci się ktoś kto regularnie opróżnia popielniczkę, zabiera szklankę po herbacie, czasem nawet jeszcze z pozostawionym łykiem na później i proponuje następną, bo przecież herbatę pije się gorącą. Czasami są tak błyskawiczni i dyskretni, że jedno spojrzenie w drugą stronę i bach - szklanki nie ma. Nawet jeśli dla mnie była do jednej dziesiątej pełna, dla nich jest do dziewięciu dziesiątych pusta. Nabyłam już nawyk, by kłaść łapę na mojej szklance, kiedy Pan w jasnej koszuli zbliża się i analizuje stan stołu.

Dobry serwis nie ogranicza się jedynie do barów i restauracji. Kupując mięso w sklepie warto zdradzić sprzedawcy sekret - jakie danie  mamy w planach. Jeśli gulasz - pokroi nam mięsko, jeśli mielone - zmieli wybrany kawałek, jeśli kurczaczek - to wyporcjuje i usunie błonki. Nawet wytnie tłuszcz jeśli mamy taką potrzebę.
Widziałam również sklepy z poczekalnią - krzesełko, żeby klient się nie zmęczył, gdy mięsko będzie starannie pakowane.

Ryby. Kupiłam kiedyś całe ryby. Wypatroszone, lecz z głowami. Kiedy mój ukochany miał wziąć się za gotowanie, skrzywił się na kapkę krwi widoczną przez siatkę. Zdziwił się bardzo, gdy myjąc jego rybki, uraczyłam go dramatyczną historią corocznego zabijania karpia w Polsce. Karpia, który przez 2 dni żywy pływa sobie w wannie. Któremu jako dziecko nadawałam imię zanim skończył na wigilijnym stole.
Tu - nie do pomyślenia.



środa, 16 lipca 2014

Jak przeżyłam trzęsienie ziemii

Kiedyś wydawało mi się, że trzęsienia ziemi są hen hen daleko za górami i nigdy nie będzie mi dane tego doświadczyć. Jak z większością newsów serwowanych w tiwi.
A jednak….
W 1999 roku w okolicach Stambułu miało miejsce wydarzenie, o którym każdy miejscowy ma coś do powiedzenia. Niektórzy mówią bardzo traumatyczne rzeczy…
Trzęsienie ziemi 7,6 stopni w skali Richtera zabiło 17 000 ludzi, a kilkadziesiąt tysięcy raniło. Tuż po tym wydarzeniu ludność masowo opuszczała miasto (tymczasowo oczywiście). Niektórzy brali urlopy, inni tylko noce spędzali poza miastem, a za dnia wracali do szkół i prac. Znam takich, którzy kursowali tak przez miesiąc.
Owe trzęsienie ziemi miało miejsce nocą i zaskoczyło tak bardzo, że zapewne ciężko jest pozbyć się traumy.
Mój mężczyzna kiedy go jeszcze tylko odwiedzałam i kiedy mieszkał w innym miejscu – miał zwyczaj pozostawiania włączonego na noc światła i nie zamykał drzwi na klucz. Bo tak łatwiej wydostać się na zewnątrz „w razie czego”.
Poinformował mnie również, zresztą nie tylko on, że w Stambule spodziewane jest trzęsienie ziemi o podobnej skali, gdyż teren sprzyja. „Amerykańscy naukowcy” mówią o 5, czasem 10, czasem 20 latach, ale nikt nie wie.
Tymczasem w międzyczasie….
http://earthquaketrack.com/p/turkey/istanbul/recent – mówię o tym najżółtszym i największym, stosunkowo daleko od Stambułu.
Środek dnia, sobota. Mam lekcję z grupą początkującą. Stoję.
Jeden z uczniów rzecze: „Deprem”. Ja nie wiem co to deprem, on nie wie jak powiedzieć „earthquake” więc wącham powietrze, sądząc że się pali. Po czym wracam do lekcji. A on wybiega z sali, bo „It’s dangerous”. No to wybiegamy wszyscy. Ja jeszcze bezmyślnie wracam po torebkę.
Na korytarzu popłoch, wszyscy w drodze do wyjścia. Jedna z nauczycielek przetłumaczyła mi co znaczy deprem.
Takie właśnie jest moje pierwsze doświadczenie z trzęsieniem ziemi. Nawet o nim nie wiedziełam, bo na stojąco czuć mniej.
Mój chłopak minutę po już był ze mną na słuchawce informując, bym się nie bała, że już do mnie jedzie, ale żebym wyszła na zewnątrz.
Minutę później telefony już nie działały.
Wiem z opowieści, że u niektórych trzęsło bardzo porządnie, meble waliły o ścianę, a żyrandole dyndały gwałtownie. Niektórzy w ogóle nic nie poczuli. Nic się nikomu nie stało. I dobrze.

Jak się (nie)ubierać w Stambule

Kiedy  pierwszy raz wyruszałam na wakacyjne zwiedzanie miasta był październik.  Spodziewałam się więc pogody dobrej – w końcu to kraj śródziemnomorski, ale na wszelki wypadek zapakowałam kilka sweterków i lekką kurtkę. Trafiłam. Październikowa stambulska pogoda przywitała mnie klimatem, który znam z Polski… wiosną.
Wybierając  tę porę roku nawet nie spodziewałam się, że przypadkowo uniknęłam dylematów związanych z odpowiednim ubiorem. Mam tu na myśli turecką obyczajówkę i konsekwencje jakie mogą nastąpić po wyborze tzw. niewłaściwego stroju. Wszak wspomniane wyżej, wiosenne, luźne dżinsy i zakrywające wszystko długorękawowe sweterki, które wygodne są podczas zwiedzania – spradzą się chyba na każdej szerokości geograficznej i nie wzbudzą podejrzeń.

Skupię się na ubiorze kobiecym. Od początku.
W Turcji zaobserwowałam niemal każdy możliwy rodzaj ubioru. Od zakonnicopodobnych uniformów, odsłaniających jedynie okolice oczu, chusty wszelakiej maści, tradycyjne, ubiory neutralne, eleganckie, kobiece garnitury, krótkie sukieneczki. Widziałam też transwestytów odsłaniających niemal wszystko, podkreślające swoje nienaturalne biusty brakiem stanika… Napływ obcokrajowców w rejonach turystycznych skutkuje misz maszem tkanin i kolorów, również tych egzotycznych – prawdopodobnie z najdalszych zakątków Afryki.
W bardziej konserwatywnych dzielnicach próżno szukać kobiety bez chusty na głowie. Nie dlatego, że jest to jakiś prawny wymóg. To doskonały przykład tego, że w Turcji islam ma się lepiej niż katolicyzm w Polsce, a muzułmańska kobieta chustę po prostu musi mieć. Pozwala im to na precyzyjne odfiltrowanie tych przyzwoitych dam od tych z piekła rodem. Zazwyczaj chuście towarzyszy długa, trapezowa, ohydna spódnica i nadwaga. Choć to ostatnie wymogiem obyczajowym raczej nie jest.
Bez względu na to jak bardzo bezpłciowo jestem ubrana, idąc ulicą z moim chłopakiem za rękę, czując wiatr w moich jasnych włosach i przewyższając conajmniej o głowę 90% tureckich kobiet – przez większość z nich jestem uznana za ruską prostytutkę. Dosłownie.
Kilka lat temu do Turcji masowo przybywały młode Rosjanki i Ukrainki, z nadzieją na lepsze życie. Wiązały się z niekoniecznie przystojnymi i młodymi, ale na pewno majętnymi w ich rozumieniu, tureckimi mężczyznami i żyli długo i szczęśliwie, w myśl zasady win-win. Ta tendencja utrzymywała się na tyle długi czas, by nawet w świadomości młodszej i nowoczesnej części społeczeńsywa – słowiański akcent i delikatne rysy twarzy pozostały kojarzone z rozwiązłymi dziewczętami ze wschodu.
Kiedy zapytałam mojego ukochanego, czy mówiąc że jestem z Polski narażam się na zaszufladkowanie, odpowiedział: „Jak powiesz, że jesteś z Polski to już inna historia..” (That’s my girls!!). No ale po samym akcencie czy urodzie nikt mnie z Polską nie skojarzy.
W związku z czym przechadzając się w męskim towarzystwie i trzymając się jak to zakochani, za rączki – skupiam na sobie wzrok „lepszych” pań, które wyrazem swojej twarzy, mówią do mnie: „Wiem co robisz, powinnaś się wstydzić!”.

Piszę tutaj o miejcach typowo mieszkaniowych, bo dzielnica rozrywkowa i turystyczna rządzi się już innymi prawami i cieszy większą swobodą. I próżno szukać ochuszczonych pań.
Tam nawet krótka sukienka furory nie robi. Tak przynajmniej wydawało mi się, kiedy widziałam tureckie dziewczyny brylujące z odsłoniętymi brzuchami w czasie zimy, pokonujące dystans od jednego klubu do drugiego.
Kiedy chcę wyglądać ładnie i pogoda na to pozwala – mam prawdziwy dylemat. Pierwszy raz pojawił się on w lipcu, kiedy jeszcze tu nie mieszkając – odwiedziłam mojego ukochanego.
Nigdy nie byłam zbyt wyzywająca w swoich kreacjach, wydawało mi się, że latem większość warszawianek odsłaniała więcej niż ja. Nigdy też nie byłam wielką fanką mojego biustu czy ud – nie miałam więc w szafie wydekoldowanych, krótkich sukienek.
Jestem za to miłośniczką luźnych, lekkich wdzianek, spod których odrobinę (!) prześwituje bielizna. Miałam też jedną, letnią sukienkę, która odsłania jedynie fragment części krzyżowej pleców. Sama w sobie jest natomiast w moim odczuciu skromna i dziewczęca.
Pakując się do podróży nie uwzględniłam jednej istotnej okazji, która miała miejsce w lipcu. Ramadan.
Podczas ramadanu nawet niereligijni Turcy przechodzą metamorfozę i starają się szanować tradycję skromności (niekoniecznie ścisłego postu).
Kiedy wyszykowałam się do wyjścia, w szortach i koszulce z transparentnym elementem z boku brzucha mój ukochany ostrzegł mnie. Nie robił tego zazdrośnie – nie ma tego w zwyczaju, nie ma też w zwyczaju prawić mi komentarzy innych niż „Wyglądasz świetnie”. Wyjście natomiast w takim wydaniu poskutkuje tym, że wszystkie oczy na ulicy będą zwrócone na mnie. Zrozumiałam też, że opisana wyżej sukienka – nie znajdzie tu swojego zastosowania. Jak i 90% wszystkich innych części garderoby jakie ze sobą zabrałam. Nie zrozumiałam natomiast dlaczego szorty do połowy uda w towarzystwie zwykłego topu z bawełny (choć odsłaniają więcej niż powyższy zestaw) – są już dopuszczalne.
Główkowałam przez kilka kolejnych dni i nie pojęłam do końca tej różnicy. Ok – przezroczystości out.
Odkąd tu mieszkam staram się troszczyć o odzieżową przyzwoitość i nie rzucać w oczy. Raz jeden zdarzyło mi podyskutować o moim wyborze stylistycznym z moim mężczyzną, ponieważ mimo tego, że nie odsłaniałam praktycznie nic – byłam zbyt „hot”.
O co więc chodzi?
Porozmawiałam więc tu i ówdzie z bardziej wyzwolonymi tureckimi koleżankami i okazało się, że niemal każda z nich miała w swoich doświadczeniach incydednt próby gwałtu, czy rabunku. Podyskutowałyśmy sobie również o starszych panach wlepiających swoje oczy – nawet w dziesięciocentymetrową przestrzeń między długą spódnicą, a krytymi butami i myślącymi strach myśleć o czym.
Zrozumiałam, że mojemu wybrankowi wcale nie chodzi o nieprzyzwoite ubranie i jego turecką zazdrość, a jedynie o poczucie bezpieczeństwa, które będzie towarzyszyć mi zawsze, kiedy będę niewidoczna. Szczególnie gdy wracamy w środku nocy z wojaży.
Pozwala mi też uniknąć wlepionych we mnie wielu, ciemnych par oczu, otoczonych wyrazem twarzy, który wcale nie sprawia, że czuję się atrakcyjniejsza, a co najwyżej rozbierana wzrokiem.  Przecież europejki i kobiety ze wschodu są łatwiejsze niż turczynki (o tym kiedyś osobna notka, bo temat obszerny).
Nie stawiam więc buntowniczo na swoim, a znajduję kompromis. Znajoma rosjanka, która za swoją miłością przyjechała do Polski – dała mi pewną, dobrą radę: „Pamiętaj, to jest ich kraj, trzeba przestrzegać pewnych zasad, a czasem po prostu zamknąć usta. To nic wielkiego” ;)
Niewątpliwie jednak bycie wysoką, jasnowłosą kobietą, pośród krempych, ciemnych, młodych dam – uniemożliwia mi całkowite zniknięcie… No i odsłoniętą. Bo jedyną koniecznością, by przykryć włosy jest zwiedzanie meczetu.

Rozmiar ma znaczenie

Stambuł nie jest po prostu dużym miastem. To jest Stambuł.
Zanim po raz pierwszy przyjechałam do Stambułu – nie miałam pojęcia… Nawet gdy tu przyjechałam – nie miałam pojęcia, ponieważ dla turysty liczy się jedynie skrawek ziem wyznaczonych przez przewodnik i ograniczony czas urlopowy.
Nawet teraz pewnie nie mam pojęcia i wyobraźni gdzie właściwie żyję, gdyż widziałam tak niewiele (z możliwego). Proszę więc potraktować tę notatkę jako dalszy ciąg wrażeń początkującej imigrantki.
Na początek trochę cyferek i proste porównanie. Warszawa kontra Stambuł.
Powierzchnia:
Warszawa           517 km/2                  Stambuł              1538 km/2

Liczba mieszkańców (oficjalnie): 
Warszawa           ok. 1 700 000             Stambuł              13 800 000

Gęstość zaludnienia:
Warszawa           3300 os/km                                       Stambuł              6800 os/km

Oznacza to w praktyce, że pod względem ludności Stambuł jest jednym z zajwiększych miast świata, a Warszawa przy nim wygląda (z tej samej wysokości) jak wioska w lesie.
istanbul
warszawa
Jest to jedyna metropolia na świecie, której obszar nie zmieścił się na jednym kontynencie – mamy więc europejką część Stambułu i azjatycką część Stambułu.
Nie znaczy to oczywiście, że zabudowania Starego Kontynentu to modernistyczne konkstrukcje w stylu europejskim, a Azja to domki ze śmiesznymi dachami. Obie strony są wypełnione zarówno starymi, rozsypującymi się ruderami jak i pięknymi, bogatymi willami. Zależy od dzielnicy. Do tej pory nie zwiedziłam zbyt wielu zakątków miasta, kończę więc wątek architektoniczny i wracam do tematu rozmiarów.
Życie w największym mieście Europy (!) ma oczywiście dużo zalet i dużo wad.
Podstawową wadą jest dystans i sposób jego pokonywania.
Nie jestem w stanie, ze swoimi warszawskimi przyzwyczajeniami i krótkim czasem rezydentury, zrozumieć tutejszego systemu transportu publicznego.Mamy do dyspozycji metro, metrobus (połączenie autobusu i metra w jednym – absolutnie nie jest to trolejbus, ale o tym w kolejnych postach), autobusy fioletowe, autobusy żółte, dolmuse (taksówki, które zabierają 9 osób, a czasem więcej – poupychanych w dziwnych pozycjach na niewielkiej przestrzeni), zabawne, niebieskie miniautobusy, którymi nie miałam jeszcze okazji podróżować, łódki i tramwaje wodne, tramwaje naziemne i Allah jeden wie co jeszcze…
Z mojej dzielnicy, która jest jedną z prawie zewnętrznych – dotarcie do ścisłego centrum miasta, gdzie Stambułczycy zjeżdzają  głównie na imprezy, podróżuję piętrowymi autobusami, które wyglądają jak autokary, z tą różnicą, że przy wejściu znajduje się tradycyjny „kasownik” biletów.
Dołączając do tego czas podróży (około 1,5h, w korkach nawet i 2,5h) czuję się jakbym zmierzała do innego miasta. Choć cały czas gęstość zabudowań wygląda tak samo – gęsto, ciasno, dużo…
Nie zawsze jednak jest ten luksus, że gdy zmierzamy z punktu A do punktu B – mamy takowy autobusik do dyspozycji.
2 razy (na jakieś 5) zdarzyło się, że autobus po prostu się nie pojawił. Ani pierwszy spodziewany, ani 2 kolejne. Wówczas pozostaje poszukiwanie kolejnych środków lokomocji i tu najczęściej jeden, wygodny, z miejscem siedzącym – się nie trafia.
Jak wspominałam, o metrobusie napiszę w przyszłości niedługiej kolejny post (potrzebuję do tego zdjęć), ale samo wyobrażenie stania w poruszającym się pojeździe pełnym ludzi, przez godzinę – może dać pewne wyobrażenie…
Jedno z dziwniejszych doświadczeń jakie mnie spotkało w związku z transportem publicznym było poszukiwanie przystanku jednego z autobusików, którego nazwy nie znam. Mój chłopak zatrzymał się na chodniku i oznajmił – tu jest przystanek. Rozejrzałam się: znaku brak, zatoczki brak (trzypasmówka) i ani jednej wskazówki, którą Szerlok mógłby zauważyć.
- Skąd wiesz, że tu jest przystanek?
- Trzeba wiedzieć.
Dość o komunikacji miejskiej – wszystko sprowadza się do tego, że w Stambule samochód warto mieć. Wówczas dystans z naszej dzielnicy do centrum miasta zajmie bez korków tylko (!) 45 minut. Samochód też strach mieć (ceny benzyny, brak miejsc parkingowych, szaleni kierowcy, korki – o tym później).
Kolejnym dość znaczącym utrudnieniem życia w Stambule jest korek.
Korek z samochodów, korek z samych taksówek, korek z pieszych – widziałam je wszystkie…
Jak wspominałam w poprzednim poście – duża część młodych stambułczyków ze smarfonami wyposaża je w aplikację pokazującą mapę miasta z zaznaczonym w czasie rzeczywistym natężeniem ruchu. I jeśli tylko fragment trasy jest czerwony – nawet nie ruszają z miejsca. Brzmi rozsądnie, ale trudno jest przyzwyczaić się do tego, że pewien rytm życia wyznaczają korki. Codziennie. Bez tego można stracić dużo czasu, który warto przeznaczyć na przyjemności, a tych w Stambule jest wiele.
Jako że miasto jest gigantyczne (i usytuowane na pagórkowatym terenie) każdy dzień obfituje w urbanistyczne widoki. Oczywiście co kto lubi, bo można je traktować jako naoczny moloch i gwałt na naturze. Dla mnie to przyjemność podziwiać twór ludzki skoro już natura dawno zniknęła pod gruzami.
47443_500117820006555_1136804065_n
Rozmiary Stambułu będą wielokrotnie pojawiać się w notatkach, bo dumam o nich często i wciąż szukam porównań… Przwijać się będą w wątkach dot. codzienności więc mam nadzieję, że w przypadkach braku słów, by krótko wyrazić o czym mówię – będę miała do czego czytelnika odsyłać.

W Turcji mówi się po turecku

Kiedy przyjeżdżali do mnie do Polski zagraniczni goście – moi znajomi, nawet jeśli niezbyt odważnie, to jednak – posługiwali się językiem angielskim. Kto mógł – przełączał się nawet w rozmowach z innymi Polakami, by ów gość nie czuł się niekomfortowo. I jedynie w momencie absolutnej pustki w głowie – przepraszał i pozwalał sobie na użycie kilku zdań w języku ojczystym.
Tak też wyobrażałam sobie Turcję.
Jeszcze zanim tu zamieszkałam na stałe, a wpadłam w odwiedziny, trochę pogniewałam się na mojego ukochanego, że podczas spotkania ze znajomymi (polilingwistycznymi) – znaczna większość rozmowy toczyła się poza moim obrębem zrozumienia.
Moja polska koleżanka, którą miałam przyjemność poznać podczas jednego z takich spotkań, mająca kilkumiesięczne doświadczenie w życiu na tureckiej ziemi, powiedziała po prostu „zapomnij, że Ci się uda”. To apropos moich wielkich planów resocjalizacji najbliższego otoczenia.
Wszystko stało się oczywiste, kiedy przeprowadziłam się tu na stałe i conajmniej kilka razy w tygodniu mam możliwość przebywania w jakiejś grupie osób. Stało się dla mnie jasne, że tego poprzedniego razu powinnam być raczej wdzięczna za specjalne traktowanie i używanie od czasu do czasu mowy angielskiej.
Jedno z rodzinnych spotkań – ja i trzy osoby. Wszystkie posługujące się językiem angielskim. Po wymianie kilku zdań przyszedł czas na turecki i tak też pozostało przez 2 godziny wspólnego biesiadowania przy stole.
Możnaby rzec – dobra okazja do osłuchania się z językiem.
W moim osobistym odczuciu, po osłuchiwaniu się z językiem od miesiąca, stwierdzam – że jeśli nie rozumie się nic – nic nie da samo słuchanie. Dawno już nie zaczynałam się uczyć jakiegoś języka obcego, zawsze unikałam tego jak ognia, bo nie lubię robić rzeczy, które nie wychodzą mi dobrze. Wniosek – jeśli dalej tak pójdzie – moje życie towarzyskie umrze zanim się zacznie.
To nie wszystko. Mimo tego, że Turcja jest krajem dobze rozwiniętym, jest prawie w Europie, jestem w Stambule (czytaj: największym mieście) – po opuszczeniu ścisłego centrum i turystycznej strefy – szanse spotkania anglojęzycznego sprzedawcy w sklepie spożywczym graniczy z cudem. Płacenie za zakupy odbywa się wówczas wystawianiem wszystkich pieniędzy i pozwoleniem sprzedawcy na samodzielne zgromadzenie należnych lir i kuruszów. Chyba mi się nie zdarzyło, że takowy wziął sobie więcej niż powinien – ale kto wie.
Ponadto – schody napotykamy niemal wszędzie. Język turecki jest wyjątkowy pod tym względem, że niemal wszystkie nowe słowa (prócz trafika, televisyona i telefona) – Turcy mają swoje. Ot chociażby niewinny komputer, który w wielu wariantach występuje na całym świecie w podobnej formie. W Turcji, do facebooka, służy bilgisayar. Niewiele słów polskich czy angielskich – w swoim odpowiedniku tureckim, brzmi podobnie.
W związku z powyższym…
W ciągu ostatniego miesiąca miałam okazję robić pranie samodzielnie 2 razy. Za pierwszym razem do pojemnika na płyn do płukania trafiło mydło w płynie (pachniało najintensywniej ze wszystkich butelek w szafce), za drugim płyn do mycia podłóg (drogą eliminacji, mając jeszcze do wyboru siarczyście pachnący turecki domestos).
Sytuacje, które opisuje, z perspektywy czasu, wydają mi się w moim przypadku jakkolwiek in plus. Być może gdybym mogła śmiało komunikować się z każdym w języku angielskim, czy mogła dzięki domysłom zrobić pranie jak należy – nawet nie zaczęłabym się uczyć turkczyzny. Albo uczyłabym się wolno. Albo od niechcenia. Bat nad głową jest najsilniejszą motywacją dla mnie – uczę się więc niemalże codziennie.

Wrażenia początkującej imigrantki

5 grudnia A.D 2013 przeleciałam 2000 km i wylądowałam w Stambule.
Pierwszy miesiąc zleciał jak torpeda, choć mam wrażenie, że jestem tu od lat. 
Oto spostrzeżenia początkującej emigrantko imigrantki, pierwsze wrażenia i przemyślenia.
Stambuł
Miasto zasługuje na obszerną, osobną notkę i taką planuje na najbliższą przyszłość.
Zauważyłam, że źródła nie podają jednogłośnie ile mieszkańców ma Stambuł. Ani źrodła fachowe, ani wikipedia, ani autochtony. Liczba mieszkańców Stambułu waha się wg tych danych od 12 do 18 milionów (!!!). Co daje nam drugą pozycję w rankingu najbardziej ludnych miast świata.
Jesli ktoś wyobraża sobie wyjazd do innego dużego miasta, poruszanie się po nim, robienie zakupów, jedzenie i oddychanie – w jakiś sposób, z całą pewnością i z całym szacunkiem do poziomu wyobraźni czytelnika mogę stwierdzić – jest to błędne wyobrażenie. Stambuł nie jest po prostu dużym miastem. To jest Stambuł.
Liznęłam tę metropolię zarówno turystycznie jak i życiowo – mogę stwierdzić, że wciąż nie mogę rozpoznać czy dominuje tu smak słodki czy gorzki. Dam znać za parę lat.
Do rzeczy.
Żyję w najbardziej zakorkowanym mieście Europy (lub Azji – ponieważ Stambuł obejmuje obszar obu tych kontynentów, z cieśniną Bosfor pośrodku). Słowo korek, dla przeciętnego europejczyka, również jest czymś innym niż dla miejscowych. Korki ciągną się kilometrami. Codziennie. Rytm dnia, jeśli oczywiście nie ma się stałej pracy biurowej i można sobie na to pozwolić, wyznaczają mieszkańcom godziny szczytu i zauważyłam, że wszyscy wyposażeni w smartfony biegle posługują się aplikacją mierzącą natężenie ruchu na tutejszych ulicach. I nie wychodzą z domu o pewnych porach. Czekają, lub spieszą się by zdażyc przed korkiem.
Zastanawiam się czy styl jazdy turków jest pomocny czy wręcz potęgujący zatkane drogi. Jeżdzą szybko, pchają się, odległości między autami można liczyć szkolną, piórnikową linijką, między samochodami jakimś cudem przechodzą piesi nie zważając na światła czy brak zebry, wszyscy trąbią, czasem krzyczą, gaz, hamulec, gaz, hamulec, rura….
Ciąg dalszy tematu nastąpi.

Komunikacja miejska
O ile mieszkańcy centrum mają całkiem dobrą sytuację, bo wszędzie W MIARĘ blisko, tak my – mieszkańcy pozostałych dzielnic już tak różowo nie mamy. Środków lokomocji w Stambule jest kilka: autobusy fioletowe, autobusy żółte, taksówki, duże śmieszna taksówki  zabierające ok. 8 osób, metrobus – połączenie autobusu z metrem, metro, tramwaje, tramwaje wodne, łódeczki, małe śmieszne niebieskie autobusiki… I każdy z tych środków lokomocji ma inne zasady funkcjonowania , nie do końca dla mnie jasny, dlatego ciąg dalszy nastąpi…

Ludzie
Ciekawym zjawiskiem dla mnie jako Polki, jest kolorystyka.
Z racji tego, że rodziciele mojego wybranka są nauczycielami – miałam okazję odwiedzić kilkkakrotnie turecką podstawówkę. Widok grupy biegających dziecki, ubranych jednokowo, mających identyczny kolor włosów, oczu i odcień cery – budzi skojarzenia z atakiem klonów :) Moja nieprzyzwyczajona percepcja prawdopodobnie wymusiłaby na mnie wytężenie wzroku kilka chwil więcej by odróżnić jednego słodziaka od drugiego :) Przepraszam :(
O ludziach ciąg dalszy nastąpi..

Język
W Turcji mówi się po turecku :P Ludzi mówiących po angielsku nie jest wcale dużo. Młodzi owszem – ale niezbyt często. Proszę wybaczyć – nie znam statystyk, jedynie subiektywne odczucie początkującej, stad dość ogólne wyjaśnienei tematu. I nawet jeśli towarzystwo angielski zna, głównie używa tureckiego – a już na pewno w porozumiewaniu się między sobą. Co wiąże się z wielokrotnym w czasie jednej rozmowy wyautowaniem obcokrajowca z topiku.
Nie skarżę się – jest to doskonała motywacja do tego, by języka się nauczyć, a uważam, że języków obcych uczyć się trzeba. A już zwłaszcza mieszkając w kraju, w którym jest on urzędowym.
Ciąg dalszy o tym nastąpi.

Widoki
Wow. Dziękuję. Ciąg dalszy nastąpi.

Jedzenie
Nie tęsknię za polską kuchnią. Nie dlatego, że nie mamy pysznosci na polskim stole. Nie dlatego, że jest tu mnóstwo zamienników/odpowiedników polskiego jedzenia (nie ma).
Jedzenie jest tak przepyszne i tak inne, i tak dużo różnego, że wciąż jestem ciekawa co przyniesie następny dzień. Jedno jest pewne – nigdzie nie jadłam tak pysznych bakłażanów jak tutaj.
Niewątpliwie sporym zaskoczenie jest brak korzenia pietruszki w sklepach pełnych najrozmaitszych rodzajów warzyw. Konkluzja – rosół też jest dobry bez pietruszki.
O jedzeniu ciąg dalszy nastąpi.

Tyle na dziś… w pigułce.