Byłam dziennikarką. Całe dorosłe życie podążałam obraną drogą, w myśl zasady: jest dobrze - po co psuć. Trochę głupio zrobiłam wiedząc, że zawsze miałam apetyt na podróże. Jakoś nigdy nie założyłam, że mogę wypodróżować na stałe i przydałby mi się jakiś międzynarodowy, ponad podziały graniczne, zawód. Pewnie da się być dziennikarzem podróżniczym, ale nie mam talentu jak Cejrowski, czy zaplecza jak Wojciechowska. Ani ogarnięcia jak wszyscy Ci piszący książki podróżnicy, którzy sobie wszystko wymyślają sami, biorą plecak i jadą w tereny pachnące malarią.
Głupio zrobiłam, ale nie żałuję, bo dziennikarstwo rozwija wszechstronnie. Zwłaszcza lifestylowe przydatne jest w codziennym stajl lajfie. Przynajmniej jedząc kebaba wiem, czym jest przesączony, i w co ten konkretny tłuszcz mi wejdzie. Było ekstra.
Jednak, choć zabrzmi to patetycznie, lub bardziej pathetic - kiedyś umrzemy wszyscy, więc fajnie próbować różnych rzeczy, bo nuda to strata czasu.
No i zostałam nauczycielem języka angielskiego w tureckiej podstawówce. Rok szkolny dla nauczycieli się zaczął, dzieci przyjdą za tydzień więc jeszcze będzie czas na przeklinanie swojego losu. Póki co jestem wielce podekscytowana powrotem do szkoły i przeglądając podręczniki już mam ochotę ścigać się z innymi dziećmi - kto pierwszy zrobi zadanie numer 4 (oczywiście mam nadzieję wygrać).
Parę ciekawostek o tureckiej szkole:
- nauczyciel wygląda jak dentysta - na schludne, zazwyczja modne (jestem w prywatnym koledżu dla bogatych dzieci, których kieszonkowe to pewnie cała moja pensja) ubranie - zarzucone mają fartuchy. Białe, lekarskie kitle. Nie wiem jakie jest zadanie tych wdzianek (we wszystkich szkołach takie nauczycieli obowiązują), ale czuję się jeszcze potężniejsza :)
- nauczyciele dotykają dzieci. I to jak dotykają! Wczoraj widziałam 10latkę ściskającą się z wuefistą. I z całą odpowiedzialnością stwierdzam za księdzem, że "dzieci same lgną". Nie widzę w tym żadnych podtekstów, bo to nie pierwsza szkoła, w której widzę, że nauczyciele przekazują dzieciom ciepło niemal rodzicielskie (a może nawet większe). Kiedy przestawiam umysł na RESET i uczę się od nowa postrzegania rzeczywistości myślę, że jest to mega fajne. Ja pamiętam moją nauczycielkę, która rzuciła w ucznia czekoladą, którą jej podarował. Tu się cackają i jest miło :)
- mimo powyższego cackania dzieci nie wydają się być bezczelne. Zaryzykuję nawet, że znacznie bardziej respektuje się tutaj status nauczyciela i nie fajnie jest gdy ten się wkurzy. Dzieci siedzą cicho. Do czasu aż się znudzą. A potem szaleją, ale wciąż są miluchne.
- o tytuowaniu się nazwajem przez Turków nagram na pewno odcinek na mój kanał YOUTUBOWY. Ale wszyscy zwracają się do siebie imieniem + nauczycielem (Hoca - czytaj HODŻA). Jest więc Dilek Hoca, Duygu Hoca i Kaja Hoca :D
- bardzo popularny w Turcji, zwłaszcza w prywatnych szkołach, jest serwis bus. To znaczy rano spod domu zabiera mnie busik, potem zabiera jeszcze innych belfrów i sobie razem jedziemy do szkoły. Potem nas odwozi. Miłe to strasznie i wygodne, zwłaszcza w Stambule, który jest fatalnie skomunikowany na obrzeżach, a odległości są potworne. Mogę sobie więc pospac do siódmej, tragedii nie ma.
Oczywiście szkoły są różne. Ja miałam dużo szczęścia, że wstrzeliłam się dzięki pomocy koleżanki na jej miejsce w prywatnym koledżu, blisko parku i jeziorka, tylko 30 minut drogi busem od domu i miłymi ludźmi dookoła. Dam znać jak mi idzie :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 9 września 2014
środa, 6 sierpnia 2014
Czemu nie warto bawić się z tureckim dzieckiem w "a kuku"
Kiedy pierwszy raz weszłam w interakcję z tureckim niemowlęciem w postaci siostry mojego boja - nie onieśmielił mnie fakt nieznajomości tureckiego.
Bobasy mają w nosie w jakim języku mówi buzia tej Pani.
I jak wszystkie polskie dzidziusie i ten maluszek polubił zabawę w "a kuku", polegającą na chowaniu się, gwałtownym "odsłanianiu" i kukaniu. Głupie to strasznie, ale jak dzieciak się śmieje to i nakręca do jeszcze intensywniejszej zabawy.
Domownicy uśmiechali się pod nosami, coś tam mówili, ale jestem już przyzwyczajona do obgadywania mnie przy mnie i nie robię z tego powodu awantur. Zawsze sobie myślę, że mówią coś miłego... :p
I tak się bawiłyśmy przez wieeeele miesięcy, przy każdej okazji, przy ludziach, nie przy ludziach, kiedy wszystkie inne zabawy nudziły się po pięciu minutach, a kukanie zawsze konczyło się słodkim rechotem małej.
Któregoś razu zostałam oświecona przez postronną koleżankę. Kuku znaczy tyle co.. cipka.
Dziękuję.
Kurtyna.
Bobasy mają w nosie w jakim języku mówi buzia tej Pani.
I jak wszystkie polskie dzidziusie i ten maluszek polubił zabawę w "a kuku", polegającą na chowaniu się, gwałtownym "odsłanianiu" i kukaniu. Głupie to strasznie, ale jak dzieciak się śmieje to i nakręca do jeszcze intensywniejszej zabawy.
Domownicy uśmiechali się pod nosami, coś tam mówili, ale jestem już przyzwyczajona do obgadywania mnie przy mnie i nie robię z tego powodu awantur. Zawsze sobie myślę, że mówią coś miłego... :p
I tak się bawiłyśmy przez wieeeele miesięcy, przy każdej okazji, przy ludziach, nie przy ludziach, kiedy wszystkie inne zabawy nudziły się po pięciu minutach, a kukanie zawsze konczyło się słodkim rechotem małej.
Któregoś razu zostałam oświecona przez postronną koleżankę. Kuku znaczy tyle co.. cipka.
Dziękuję.
Kurtyna.
sobota, 2 sierpnia 2014
Kostium kąpielowy dla muzułmanki
Zawsze zastanawiało mnie jak konserwatywne muzułmanki plażują...
Pozasłaniane na co dzień chustami, w długich płaszczach, długich rękawach w 35 stopniowym upale...
Przy okazji ani kropli potu na czole, podczas gdy ja w zwiewnej sukience spływam z autobusowego fotela.
Na ostatnich wakacjach było mi dane zobaczyć muzułmańskie bikini (lub raczej burkini). Głupio było jednak robić bezczelnie zdjęcia więc proszę skupić wzrok na lewej, górnej części fotografii. Na niebieskim punkcie.
(przy okazji proszę się nie przejmować resztą zdjęcia, zagrzebany został ostatecznie ocalony, i tyle na ten temat)
Pozasłaniane na co dzień chustami, w długich płaszczach, długich rękawach w 35 stopniowym upale...
Przy okazji ani kropli potu na czole, podczas gdy ja w zwiewnej sukience spływam z autobusowego fotela.
Na ostatnich wakacjach było mi dane zobaczyć muzułmańskie bikini (lub raczej burkini). Głupio było jednak robić bezczelnie zdjęcia więc proszę skupić wzrok na lewej, górnej części fotografii. Na niebieskim punkcie.
(przy okazji proszę się nie przejmować resztą zdjęcia, zagrzebany został ostatecznie ocalony, i tyle na ten temat)
Na stronie internetowej producenta wyczytałam, że materiał nie ogranicza ruchów i pozwala poczuć w wodzie całkowitą swobodę.
Wygląda jednak na to, że zakrywanie całego ciała podczas kąpieli nie jest bardzo popularne, bo przez kilka dni urlopu widziałam tylko jedną Panią w takim outficie. Dojrzałam kilka niewiast odpoczywających pod parasolem w pełnym rynsztunku, nie zdecydowały się jednak na kąpiel.
Być może dalej w kierunku wschodnim widok laski w bikini na plaży budzi powszechne zgorszenie, a absolutną normą jest paradowanie w płaszczyku przeciwdeszczowym
Co kto lubi lub cokolwiek sprawi, by mieć czyste sumienie... (z praktycznego punktu widzenia, można też olać przedsezonowe diety)
Nie mnie oceniać czy emancypacja i wyzwolenie religijne to coś czego pragną kobiety na całym świecie. Póki nikt mi nie zakaże podejmowania własnych wyborów - nie czuję potrzeby zbawiania świata czy krytykowania czegokolwiek i kogokolwiek.
czwartek, 31 lipca 2014
Kult piłki nożnej
Każdy naród ma ulubione tematy konwersacji. W Polsce to chyba niewłaściwa pogoda (bo to nie zawsze chodzi o brzydką), trudności dnia codziennego i sezonowo tęcza na Placu Zbawiciela.
Dobra - generalizuję. Ale czy da się porównywać życie tu i tam bez wyciągania ogólnych wniosków?
Ulubione tematy Turków to w moim odczuciu polityka i... piłka nożna.
Na jednym z facebookowych forów dla emigrantów w Stambule jedno z dziewcząt żaliło się ostatnio na to, że jej randkowicz odwołał spotkanie ze względu na ważny mecz.
"Każdy ma jakiegoś bzika" i niemal każdy turecki przedstawiciel płci brzydkiej ma bzika na punkcie kopania piły.
Doświadczam tego na własnej skórze już od trzeciej randki z moim ukochanym, kiedy to zaproponował, byśmy poszli do "tego konkretnego pubu, bo tam można obejrzeć mecz." Dzisiaj już wiem jak wiele poświęcenia kosztowało go dzielenie uwagi pomiędzy mną, a ekranem i na pewno już wtedy musiał mnie bardzo lubić, skoro sobie na to zasłużyłam.
W Stambule są 3 główne drużyny: Fenerbahce, Galatasaray i Besiktas. Każda z nich ma setki tysięcy swoich wiernych wyznawców. Nie trzeba być fanem sportu, by wiedzieć, że zbliża się ważny mecz. Na ulice wylewają się kibice w klubowych koszulkach. Gdy są w grupie - śpiewają i skandują głośno "coś po turecku". Nie można przeoczyć.
W odpowiednie atrybuty kibica można zaopatrzyć się w wyjątkowych pod względem asortymentu sklepach. Moja wiedza ogranicza się jedynie do Fenerium (Fenerbahce), bo nie sądzę, bym mogła powiedzieć, że staram się dbać o dobre relacje w związku i jednocześnie odwiedzam sklepy znienawidzonej przez mojego lubego drużyny. Jedno drugie wyklucza.
Możemy sobie kupić rzeczy tanie: koszulki, chorągiewki, zapalniczki i inne takie takie. Możemy sobie kupić rzeczy drogie: zegarki, biżuterię z kamieniami szlachetnymi, kartę kredytową...
Nie chodzi o to, by odwiedzać ten sklep w przypadku meczu i potrzeby szalika. Są to użyteczne na co dzień i nawet czasem niezłej jakości przedmioty. Sama miałam chrapkę na pewien sweterek z wyszytym złotym logiem. I ja ładnie wyglądałam i chłopiec mój był szczęśliwy. Ostatecznie nie kupiłam ze względu na cenę...
Ale każdy Turek cieszy się z takich zakupów - ma coś z logiem ulubionej drużyny i wspiera finansowo "swój klub". Kobiety wiedzą czym jest dobre samopoczucie wywołane zakupami. To coś w tym stylu.
"Nasz" klub ma prócz sieci sklepów - sieć hoteli i sieć restauracji. Jeszcze nie byłam, jak pójdę - opowiem.
Jeśli aktualnie nie ma rozgrywek, o których warto porozmawiać z kolegami - można popokazywać sobie nowy kubek z logiem, czy jadowicie acz żartobliwie posprzeczać się w stylu "Twoja drużyna jest głupia".
Ostatnie "mój Turek" oznajmił mi, że kupi sobie wszystkie (3) koszulki z nowej kolekcji ich strojów piłkarskich... Co za kibol!
Ps. Mam swoją ulubioną gąbkę, polskiej marki Syrena, którą przywożę sobie tutaj z Polski. Gdy zapytałam ostatnio Ozana czy również takowej pragnie - odpowiedział: "Tak, żółto - niebieską"
środa, 16 lipca 2014
Jak się (nie)ubierać w Stambule
Kiedy pierwszy raz wyruszałam na wakacyjne zwiedzanie miasta był październik. Spodziewałam się więc pogody dobrej – w końcu to kraj śródziemnomorski, ale na wszelki wypadek zapakowałam kilka sweterków i lekką kurtkę. Trafiłam. Październikowa stambulska pogoda przywitała mnie klimatem, który znam z Polski… wiosną.
Wybierając tę porę roku nawet nie spodziewałam się, że przypadkowo uniknęłam dylematów związanych z odpowiednim ubiorem. Mam tu na myśli turecką obyczajówkę i konsekwencje jakie mogą nastąpić po wyborze tzw. niewłaściwego stroju. Wszak wspomniane wyżej, wiosenne, luźne dżinsy i zakrywające wszystko długorękawowe sweterki, które wygodne są podczas zwiedzania – spradzą się chyba na każdej szerokości geograficznej i nie wzbudzą podejrzeń.
Skupię się na ubiorze kobiecym. Od początku.
W Turcji zaobserwowałam niemal każdy możliwy rodzaj ubioru. Od zakonnicopodobnych uniformów, odsłaniających jedynie okolice oczu, chusty wszelakiej maści, tradycyjne, ubiory neutralne, eleganckie, kobiece garnitury, krótkie sukieneczki. Widziałam też transwestytów odsłaniających niemal wszystko, podkreślające swoje nienaturalne biusty brakiem stanika… Napływ obcokrajowców w rejonach turystycznych skutkuje misz maszem tkanin i kolorów, również tych egzotycznych – prawdopodobnie z najdalszych zakątków Afryki.
W bardziej konserwatywnych dzielnicach próżno szukać kobiety bez chusty na głowie. Nie dlatego, że jest to jakiś prawny wymóg. To doskonały przykład tego, że w Turcji islam ma się lepiej niż katolicyzm w Polsce, a muzułmańska kobieta chustę po prostu musi mieć. Pozwala im to na precyzyjne odfiltrowanie tych przyzwoitych dam od tych z piekła rodem. Zazwyczaj chuście towarzyszy długa, trapezowa, ohydna spódnica i nadwaga. Choć to ostatnie wymogiem obyczajowym raczej nie jest.
Bez względu na to jak bardzo bezpłciowo jestem ubrana, idąc ulicą z moim chłopakiem za rękę, czując wiatr w moich jasnych włosach i przewyższając conajmniej o głowę 90% tureckich kobiet – przez większość z nich jestem uznana za ruską prostytutkę. Dosłownie.
Kilka lat temu do Turcji masowo przybywały młode Rosjanki i Ukrainki, z nadzieją na lepsze życie. Wiązały się z niekoniecznie przystojnymi i młodymi, ale na pewno majętnymi w ich rozumieniu, tureckimi mężczyznami i żyli długo i szczęśliwie, w myśl zasady win-win. Ta tendencja utrzymywała się na tyle długi czas, by nawet w świadomości młodszej i nowoczesnej części społeczeńsywa – słowiański akcent i delikatne rysy twarzy pozostały kojarzone z rozwiązłymi dziewczętami ze wschodu.
Kiedy zapytałam mojego ukochanego, czy mówiąc że jestem z Polski narażam się na zaszufladkowanie, odpowiedział: „Jak powiesz, że jesteś z Polski to już inna historia..” (That’s my girls!!). No ale po samym akcencie czy urodzie nikt mnie z Polską nie skojarzy.
W związku z czym przechadzając się w męskim towarzystwie i trzymając się jak to zakochani, za rączki – skupiam na sobie wzrok „lepszych” pań, które wyrazem swojej twarzy, mówią do mnie: „Wiem co robisz, powinnaś się wstydzić!”.
Piszę tutaj o miejcach typowo mieszkaniowych, bo dzielnica rozrywkowa i turystyczna rządzi się już innymi prawami i cieszy większą swobodą. I próżno szukać ochuszczonych pań.
Tam nawet krótka sukienka furory nie robi. Tak przynajmniej wydawało mi się, kiedy widziałam tureckie dziewczyny brylujące z odsłoniętymi brzuchami w czasie zimy, pokonujące dystans od jednego klubu do drugiego.
Kiedy chcę wyglądać ładnie i pogoda na to pozwala – mam prawdziwy dylemat. Pierwszy raz pojawił się on w lipcu, kiedy jeszcze tu nie mieszkając – odwiedziłam mojego ukochanego.
Nigdy nie byłam zbyt wyzywająca w swoich kreacjach, wydawało mi się, że latem większość warszawianek odsłaniała więcej niż ja. Nigdy też nie byłam wielką fanką mojego biustu czy ud – nie miałam więc w szafie wydekoldowanych, krótkich sukienek.
Jestem za to miłośniczką luźnych, lekkich wdzianek, spod których odrobinę (!) prześwituje bielizna. Miałam też jedną, letnią sukienkę, która odsłania jedynie fragment części krzyżowej pleców. Sama w sobie jest natomiast w moim odczuciu skromna i dziewczęca.
Pakując się do podróży nie uwzględniłam jednej istotnej okazji, która miała miejsce w lipcu. Ramadan.
Podczas ramadanu nawet niereligijni Turcy przechodzą metamorfozę i starają się szanować tradycję skromności (niekoniecznie ścisłego postu).
Kiedy wyszykowałam się do wyjścia, w szortach i koszulce z transparentnym elementem z boku brzucha mój ukochany ostrzegł mnie. Nie robił tego zazdrośnie – nie ma tego w zwyczaju, nie ma też w zwyczaju prawić mi komentarzy innych niż „Wyglądasz świetnie”. Wyjście natomiast w takim wydaniu poskutkuje tym, że wszystkie oczy na ulicy będą zwrócone na mnie. Zrozumiałam też, że opisana wyżej sukienka – nie znajdzie tu swojego zastosowania. Jak i 90% wszystkich innych części garderoby jakie ze sobą zabrałam. Nie zrozumiałam natomiast dlaczego szorty do połowy uda w towarzystwie zwykłego topu z bawełny (choć odsłaniają więcej niż powyższy zestaw) – są już dopuszczalne.
Główkowałam przez kilka kolejnych dni i nie pojęłam do końca tej różnicy. Ok – przezroczystości out.
Odkąd tu mieszkam staram się troszczyć o odzieżową przyzwoitość i nie rzucać w oczy. Raz jeden zdarzyło mi podyskutować o moim wyborze stylistycznym z moim mężczyzną, ponieważ mimo tego, że nie odsłaniałam praktycznie nic – byłam zbyt „hot”.
O co więc chodzi?
Porozmawiałam więc tu i ówdzie z bardziej wyzwolonymi tureckimi koleżankami i okazało się, że niemal każda z nich miała w swoich doświadczeniach incydednt próby gwałtu, czy rabunku. Podyskutowałyśmy sobie również o starszych panach wlepiających swoje oczy – nawet w dziesięciocentymetrową przestrzeń między długą spódnicą, a krytymi butami i myślącymi strach myśleć o czym.
Zrozumiałam, że mojemu wybrankowi wcale nie chodzi o nieprzyzwoite ubranie i jego turecką zazdrość, a jedynie o poczucie bezpieczeństwa, które będzie towarzyszyć mi zawsze, kiedy będę niewidoczna. Szczególnie gdy wracamy w środku nocy z wojaży.
Pozwala mi też uniknąć wlepionych we mnie wielu, ciemnych par oczu, otoczonych wyrazem twarzy, który wcale nie sprawia, że czuję się atrakcyjniejsza, a co najwyżej rozbierana wzrokiem. Przecież europejki i kobiety ze wschodu są łatwiejsze niż turczynki (o tym kiedyś osobna notka, bo temat obszerny).
Nie stawiam więc buntowniczo na swoim, a znajduję kompromis. Znajoma rosjanka, która za swoją miłością przyjechała do Polski – dała mi pewną, dobrą radę: „Pamiętaj, to jest ich kraj, trzeba przestrzegać pewnych zasad, a czasem po prostu zamknąć usta. To nic wielkiego” 
Niewątpliwie jednak bycie wysoką, jasnowłosą kobietą, pośród krempych, ciemnych, młodych dam – uniemożliwia mi całkowite zniknięcie… No i odsłoniętą. Bo jedyną koniecznością, by przykryć włosy jest zwiedzanie meczetu.
Całkiem przypadkiem mam tureckie imię...
Całkiem przypadkiem mam tureckie imie. Popularne, tureckie imię męskie.
Co prawda tureccy mężczyźni swoje imiona piszą Kaya, ale tylko dlatego, że tureckie„j” nie brzmi jak „j”.
Zanim przyjechałam do Stambułu mój chłopak, by uniknąć nieporozumień, opisywał swoją dziewczynę imieniem Kazia, czytając „j” po turecku. Biedak…
Podejrzewam, że jest to pewien wyczyn zwracać się do swojej ukochanej imieniem kumpla… Wyobrażam to sobie tak, jakbym ja miała szeptać swemu lubemu „Kocham Cię Agnieszka”..
Ja swoje imię lubię (choć nie zawsze tak było – patrz niżej) a szczególnie lubię je w tym kraju, gdzie pewnie jestem jedną z bardzo nielicznych przedstawicielek płci pięknej o imieniu Kaja.
Podstawowym powodem jest znaczenie. Kiedy poszukiwałam symboliki mojego imienia, zanim z Turcją miałam cokolwiek wspólnego, okazało się, że jeśli sięgnąć do łaciny, imię Kaja znaczy tyle co „Kura” (nie dosłownie, ale najbliżej).
W Turcji natomiast jestem skałą, głazem nie do zdarcia… Jak śpiewała Kayah „Jestem kamienieeeeeeeem”…
Ponadto… w swojej mowie ulicznej tureccy mężczyźni zamiast mówic, że jakaś „laska wymiata” – używają sformuowania „ona jest jak kamień”..
Tym sposobem wszystkie fajne dziewczyny są w tym kraju „jak kaja”. ;-)
W tym miejscu pragnę podziękować rodzicom za wybranie przeklętego przeze mnie w dzieciństwie imienia. I cofam wszystko co złego mówiłam o Kai w kontekście zbyt oryginalnego (by pozostać niezauważoną) imienia… 
W Turcji mówi się po turecku
Kiedy przyjeżdżali do mnie do Polski zagraniczni goście – moi znajomi, nawet jeśli niezbyt odważnie, to jednak – posługiwali się językiem angielskim. Kto mógł – przełączał się nawet w rozmowach z innymi Polakami, by ów gość nie czuł się niekomfortowo. I jedynie w momencie absolutnej pustki w głowie – przepraszał i pozwalał sobie na użycie kilku zdań w języku ojczystym.
Tak też wyobrażałam sobie Turcję.
Jeszcze zanim tu zamieszkałam na stałe, a wpadłam w odwiedziny, trochę pogniewałam się na mojego ukochanego, że podczas spotkania ze znajomymi (polilingwistycznymi) – znaczna większość rozmowy toczyła się poza moim obrębem zrozumienia.
Moja polska koleżanka, którą miałam przyjemność poznać podczas jednego z takich spotkań, mająca kilkumiesięczne doświadczenie w życiu na tureckiej ziemi, powiedziała po prostu „zapomnij, że Ci się uda”. To apropos moich wielkich planów resocjalizacji najbliższego otoczenia.
Wszystko stało się oczywiste, kiedy przeprowadziłam się tu na stałe i conajmniej kilka razy w tygodniu mam możliwość przebywania w jakiejś grupie osób. Stało się dla mnie jasne, że tego poprzedniego razu powinnam być raczej wdzięczna za specjalne traktowanie i używanie od czasu do czasu mowy angielskiej.
Jedno z rodzinnych spotkań – ja i trzy osoby. Wszystkie posługujące się językiem angielskim. Po wymianie kilku zdań przyszedł czas na turecki i tak też pozostało przez 2 godziny wspólnego biesiadowania przy stole.
Możnaby rzec – dobra okazja do osłuchania się z językiem.
W moim osobistym odczuciu, po osłuchiwaniu się z językiem od miesiąca, stwierdzam – że jeśli nie rozumie się nic – nic nie da samo słuchanie. Dawno już nie zaczynałam się uczyć jakiegoś języka obcego, zawsze unikałam tego jak ognia, bo nie lubię robić rzeczy, które nie wychodzą mi dobrze. Wniosek – jeśli dalej tak pójdzie – moje życie towarzyskie umrze zanim się zacznie.
To nie wszystko. Mimo tego, że Turcja jest krajem dobze rozwiniętym, jest prawie w Europie, jestem w Stambule (czytaj: największym mieście) – po opuszczeniu ścisłego centrum i turystycznej strefy – szanse spotkania anglojęzycznego sprzedawcy w sklepie spożywczym graniczy z cudem. Płacenie za zakupy odbywa się wówczas wystawianiem wszystkich pieniędzy i pozwoleniem sprzedawcy na samodzielne zgromadzenie należnych lir i kuruszów. Chyba mi się nie zdarzyło, że takowy wziął sobie więcej niż powinien – ale kto wie.
Ponadto – schody napotykamy niemal wszędzie. Język turecki jest wyjątkowy pod tym względem, że niemal wszystkie nowe słowa (prócz trafika, televisyona i telefona) – Turcy mają swoje. Ot chociażby niewinny komputer, który w wielu wariantach występuje na całym świecie w podobnej formie. W Turcji, do facebooka, służy bilgisayar. Niewiele słów polskich czy angielskich – w swoim odpowiedniku tureckim, brzmi podobnie.
W związku z powyższym…
W ciągu ostatniego miesiąca miałam okazję robić pranie samodzielnie 2 razy. Za pierwszym razem do pojemnika na płyn do płukania trafiło mydło w płynie (pachniało najintensywniej ze wszystkich butelek w szafce), za drugim płyn do mycia podłóg (drogą eliminacji, mając jeszcze do wyboru siarczyście pachnący turecki domestos).
Sytuacje, które opisuje, z perspektywy czasu, wydają mi się w moim przypadku jakkolwiek in plus. Być może gdybym mogła śmiało komunikować się z każdym w języku angielskim, czy mogła dzięki domysłom zrobić pranie jak należy – nawet nie zaczęłabym się uczyć turkczyzny. Albo uczyłabym się wolno. Albo od niechcenia. Bat nad głową jest najsilniejszą motywacją dla mnie – uczę się więc niemalże codziennie.
Wrażenia początkującej imigrantki
5 grudnia A.D 2013 przeleciałam 2000 km i wylądowałam w Stambule.
Pierwszy miesiąc zleciał jak torpeda, choć mam wrażenie, że jestem tu od lat.
Oto spostrzeżenia początkującej emigrantko imigrantki, pierwsze wrażenia i przemyślenia.
Stambuł
Miasto zasługuje na obszerną, osobną notkę i taką planuje na najbliższą przyszłość.
Zauważyłam, że źródła nie podają jednogłośnie ile mieszkańców ma Stambuł. Ani źrodła fachowe, ani wikipedia, ani autochtony. Liczba mieszkańców Stambułu waha się wg tych danych od 12 do 18 milionów (!!!). Co daje nam drugą pozycję w rankingu najbardziej ludnych miast świata.
Jesli ktoś wyobraża sobie wyjazd do innego dużego miasta, poruszanie się po nim, robienie zakupów, jedzenie i oddychanie – w jakiś sposób, z całą pewnością i z całym szacunkiem do poziomu wyobraźni czytelnika mogę stwierdzić – jest to błędne wyobrażenie. Stambuł nie jest po prostu dużym miastem. To jest Stambuł.
Liznęłam tę metropolię zarówno turystycznie jak i życiowo – mogę stwierdzić, że wciąż nie mogę rozpoznać czy dominuje tu smak słodki czy gorzki. Dam znać za parę lat.
Do rzeczy.
Żyję w najbardziej zakorkowanym mieście Europy (lub Azji – ponieważ Stambuł obejmuje obszar obu tych kontynentów, z cieśniną Bosfor pośrodku). Słowo korek, dla przeciętnego europejczyka, również jest czymś innym niż dla miejscowych. Korki ciągną się kilometrami. Codziennie. Rytm dnia, jeśli oczywiście nie ma się stałej pracy biurowej i można sobie na to pozwolić, wyznaczają mieszkańcom godziny szczytu i zauważyłam, że wszyscy wyposażeni w smartfony biegle posługują się aplikacją mierzącą natężenie ruchu na tutejszych ulicach. I nie wychodzą z domu o pewnych porach. Czekają, lub spieszą się by zdażyc przed korkiem.
Zastanawiam się czy styl jazdy turków jest pomocny czy wręcz potęgujący zatkane drogi. Jeżdzą szybko, pchają się, odległości między autami można liczyć szkolną, piórnikową linijką, między samochodami jakimś cudem przechodzą piesi nie zważając na światła czy brak zebry, wszyscy trąbią, czasem krzyczą, gaz, hamulec, gaz, hamulec, rura….
Ciąg dalszy tematu nastąpi.
Komunikacja miejska
O ile mieszkańcy centrum mają całkiem dobrą sytuację, bo wszędzie W MIARĘ blisko, tak my – mieszkańcy pozostałych dzielnic już tak różowo nie mamy. Środków lokomocji w Stambule jest kilka: autobusy fioletowe, autobusy żółte, taksówki, duże śmieszna taksówki zabierające ok. 8 osób, metrobus – połączenie autobusu z metrem, metro, tramwaje, tramwaje wodne, łódeczki, małe śmieszne niebieskie autobusiki… I każdy z tych środków lokomocji ma inne zasady funkcjonowania , nie do końca dla mnie jasny, dlatego ciąg dalszy nastąpi…
Ludzie
Ciekawym zjawiskiem dla mnie jako Polki, jest kolorystyka.
Z racji tego, że rodziciele mojego wybranka są nauczycielami – miałam okazję odwiedzić kilkkakrotnie turecką podstawówkę. Widok grupy biegających dziecki, ubranych jednokowo, mających identyczny kolor włosów, oczu i odcień cery – budzi skojarzenia z atakiem klonów
Moja nieprzyzwyczajona percepcja prawdopodobnie wymusiłaby na mnie wytężenie wzroku kilka chwil więcej by odróżnić jednego słodziaka od drugiego
Przepraszam 
O ludziach ciąg dalszy nastąpi..
Język
W Turcji mówi się po turecku
Ludzi mówiących po angielsku nie jest wcale dużo. Młodzi owszem – ale niezbyt często. Proszę wybaczyć – nie znam statystyk, jedynie subiektywne odczucie początkującej, stad dość ogólne wyjaśnienei tematu. I nawet jeśli towarzystwo angielski zna, głównie używa tureckiego – a już na pewno w porozumiewaniu się między sobą. Co wiąże się z wielokrotnym w czasie jednej rozmowy wyautowaniem obcokrajowca z topiku.
Nie skarżę się – jest to doskonała motywacja do tego, by języka się nauczyć, a uważam, że języków obcych uczyć się trzeba. A już zwłaszcza mieszkając w kraju, w którym jest on urzędowym.
Ciąg dalszy o tym nastąpi.
Widoki
Wow. Dziękuję. Ciąg dalszy nastąpi.
Jedzenie
Nie tęsknię za polską kuchnią. Nie dlatego, że nie mamy pysznosci na polskim stole. Nie dlatego, że jest tu mnóstwo zamienników/odpowiedników polskiego jedzenia (nie ma).
Jedzenie jest tak przepyszne i tak inne, i tak dużo różnego, że wciąż jestem ciekawa co przyniesie następny dzień. Jedno jest pewne – nigdzie nie jadłam tak pysznych bakłażanów jak tutaj.
Niewątpliwie sporym zaskoczenie jest brak korzenia pietruszki w sklepach pełnych najrozmaitszych rodzajów warzyw. Konkluzja – rosół też jest dobry bez pietruszki.
O jedzeniu ciąg dalszy nastąpi.
Tyle na dziś… w pigułce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

